Blog o dopatrywaniu się radości w małych rzeczach, bo bez tych małych radości, przecież tych dużych by nie było... ;)


piątek, 17 czerwca 2016

Letnie smaki i garść inspiracji w morskich klimatach...

Witajcie!


Ot, i mam  końcówkę mojego drugiego i jakże długo wyczekiwanego w tym roku urlopu!
Tydzień przeleciał.
... a Ja nadal niewierzę, że jak to? To JUZ ?!!! :(
A ile to Ja zbożnych i górnolotnych planów  miałam :
- pomalować przedpokój, kuchnię, łazienkę (kolejność nieprzypadkowa, bo związana z zabrudzeniem) Noooo... I jak starczy farby to sypialnię;
- dokonać  następnego "wietrzenia" szafy i pozbyć się ciuchów, bo.....? ...albo już zeszmaciałe, albo delikatnie powiedziawszy po prostu  z nich "wyrosłam"(i żeby Teruni nie było wstyd za przyjaciółkę, w końcu to jest nasza "Schopping Queen" hihi... , i  na modzie się zna jak nikt inny ;) )
- przesegregować dokumenty, żeby zaprzyjaźniona pani B. grzebiąc w moich stertach papierzysk,w końcu w "dymku" nad tą swoją śliczną główką  nie miała  - "Panie Boże pomóż tej kobiecie, bo Ja już nie mogę, wysiadam...";
- w jakiś cudowny sposób schudnąć z 20 kg, w końcu do PL w lipcu jadę to i trzeba jakoś wyglądać;
I co?
Ogarnęło mnie lenistwo. Żebym nie musiała rano  przygotować Najmłodszego do szkoły, to chyba dzień cały spędziłabym snując się w piżamie i siąpiąc kawkę.
Przedpokoju, kuchni i sypialni nie pomalowałam. Szafa pozostała też nietknięta. Dokumenty? Udaję, że ich wcale nie widzę, a dieta cud raczej nieprędko mi grozi, bo tydzień obfity był w wypieki.
Na pierwszy rzut poszło ciacho, które wypatrzyłam u Ali. Jest to fantastycznie zakręcone ciasto rabarbarowe, które z pewnością będę  robić częściej.


W przepisie dokonałam małych modyfikacji. Tak w ogóle do tej pory Alu nie wiem, czy Ty dałaś rozkruszoną czekoladę, czy rozpuszczoną. Ja dałam startą na tarce. Ciacho bardzo dobrze wyszło, także myślę, że wszystko o.k. hihi... Oraz pocięłam rabarbar wzdłuż każdą łodygę na cztery części. Taki cieńszy łatwiej jest potem układać w spiralę a i cieńsze łodygi lepiej wchłaniają cukier.





Wszędzie na blogach królują teraz truskawki.
Te na zdjęciu niżej są z mojego ogródka. Nie mam zbyt dużo krzaczków, dlatego na ciasta czy koktajle dokupujemy w sklepie.

Odmiana ciemnoróżowo kwitnąca "Fragaria Tristan"


Skusiłam się także na zrobienie Pavlovej. Przepis dla zainteresowanych TUTAJ.
Zabierałam się do niej trzy razy. 
Pierwszy raz -  Najdroższy wyczaił upieczoną już bezę i schrupał bez większych skrupułów i wyrzutów sumienia. Lubi słodkości, i akurat bezy oraz serniki są na pierwszym miejscu jego listy "I must have". Jak tak czasami na niego patrzę, to wygląda jak olbrzymia wiewiórka w poszukiwaniu pożywienia (niech ktoś tylko nie pomyśli, że zagłodzony!)
Drugi raz - myślałam, że będę cwańsza i żeby beza była bezpieczna, zamknęłam ją w piekarniku. Zaglądam tam chcąc pocieszyć zakładniczkę, że zaraz będzie uwolniona i co? 
Odcięty kawał! Już nie muszę pokazywać palcem kto to był (wiewiór!). Zeby unieszkodliwić to co już zbabrane, odkroiłam sobie z rozpaczy także kawalątek... ;)
Efekty trzeciego podejścia na zdjęciu niżej:


 


...i zrobiłam malinową piętrową z advokatem (jak już  dogadzać "czerem literom", to całą gębą!)
Lubię słodkie i owszem, ale zjadając tylko kawałek pavlovej, normalnie poczułam się zgwałcona przez cukier. Deser naprawdę bardzo słodki. Znika szybko bo smaczny, ale i powinien być szybko zjedzony, bo nie postoi. Jest duże ryzyko popękania i rozpadnięcia się bezy.


A co z pozostałymi  żółtkami? W końcu do pavlovej używa się tylko białka od jajek.
Wykorzystałam do placków kartoflanych, poprawnie zwanych ziemniaczanymi (żeby ktoś się i nie przyczepił ;)  )


Po  raz pierwszy na blogu pokażę  Wam mój Termomix. Jest stary, bo ma coś około 20-ścia lat. Te obecnej generacji wyglądają nieco inaczej, mają więcej elektroniki, ale działają na taj samej zasadzie. Na paru blogach zetknęłam się już z zachwytami, przemyśleniami o kupnie, itd.
Czy warto go kupić?
Dla wielu jest to bardzo drogie urządzenie. Pamiętam, że dwadzieścia lat temu nie był on też tani...
...i żeby nie "ochy" i "achy" mojego Najdroższego to bym wcale go nie miała. Taaaak... To ON go pragnął i  kupił! Ot, wizja kremowej zupki ze świeżego ogórka przeważyła... hihi! ;)
I co z tą maszynką po tylu latach?
Pewnie podpadnę wszystkim wielbicielom Termomixa, ale rzadko ją używam. Co robię w tym urządzeniu, to tylko tartą bułkę, koktajle truskawkowe i ciasto na placki kartoflane (tfu! ziemniaczane). Mam książkę z przepisami dla Termomixu, ale powiem szczerze, że ciasta według niej zbytnio  mi nie smakują. Opcji na gotowanie wcale nie używamy. Myślę, że jeżeli miałabym obecnie zdecydować się na jakiś wielofunkcyjny robot kuchenny, to na pewno nie byłby to Termomix.
Taki na ten przykład Kitchen Aid by mnie bardziej zadowolił.

***

Na zdjęciu niżej moje przygotowania do malowania i dowód na to, że miałam kiedyś ściany inne niż białe. Po wyrzuceniu jednej z półek w sypialni (nigdy nie pokazywałam, bo szpetna była) ślady przeszłości - łosoś...
Ja nie mam nic przeciwko kolorowym ścianom, po prostu przy moim małym mieszkaniu biel jest bardziej wskazana. Białe ściany mają obecnie wielu  sympatyków, ale i są zagorzali przeciwnicy.
Taka oto sytuacja:
Przychodzi do mnie Basencja, opada błogo na sofie i mówi: "Jenyyyy.... Czuję się u ciebie jak w raju!" 
Przychodzi Beata i rzuca tekst, wzdrygając się przy tym : " ...no gorzej już być nie może, biało jak w szpitalu! Spadam! "

;)


Dziękuję za miłe komentarze pod ostatnim postem. Zdecydowanie klimaty letnie, to moje klimaty.
Rzadko wrzucam u siebie jakieś inspiracje zaciągnięte z sieci, i w sumie nie lubię blogów, które bazują tylko na zdjęciach zaciągniętych z netu. Dzisiaj jednak wyjątkowo na zakończenie luknijcie jak pięknie można morskimi dodatkami wprowadzić czas niekończących się wakacji... :)

Zdjęcia znalezione na Pinterest.



Strasznie podoba mi się ta pościel ze zdjęcia wyżej, na tyle że nawet przeczesuję net w poszukiwaniu podobnej... ;)






























Zegnam się z wami zapachem lawendy....;)


Do następnego!

Pa!

D.

niedziela, 5 czerwca 2016

Trochę w stylu Hampton...

Hej!


O stylu Hampton nie będę się wiele rozpisywać, bo ma on sporą rzeszę sympatyków.
Tak w odpowiednio dobranych meblach,  jak i w dodatkach. Jest to nadzwyczajniej w świecie bardziej luksusowa wersja stylu marynistycznego. Zawiera to wszystko co mi się podoba - mieszankę współczesności i klasyki. Kolorystykę także moją ukochaną, bo niebieskości wszelkiej maści począwszy od ciemnego granatu, turkusu, szmaragdu, a skończywszy na pastelowym błękicie...
Niestety jest to styl, który potrzebuje wiele przestrzeni w pomieszczeniach, także nie mogę akurat u siebie zbytnio zaszaleć, bo metraż mieszkania mam taki jaki mam. Styl Hampton pasuje też podobno bardziej do nadmorskich willi. No cóż...  Ja akurat bliżej mam do Renu (rzut beretem) niż piaszczystej plaży. Ale w dodatkach wcale mnie to nie hamuje. Uwielbiam stwarzać u siebie ten sielankowy czas...
Czas niekończących się wakacji...

A więc zapraszam! :)




Talerze, które tu widzicie to mieszanka z dwóch całkowicie różnych sklepów. Jedne pochodzą z Butlers, a drugie z...?
...Kika! Dostałam normalnie szoku jak je tam zobaczyłam, bo wyglądają prawie tak samo jak te dość drogie z Butlersa. Białe praktycznie się wiele nie różnią od tych białych z Batlersa (seria "Portofino"), niebieskie z Kika (numer pod spodem)mają nieco inny odcień niebieskiego, ale wcale mi to nie przeszkadza, wręcz przeciwnie, wygląda to nawet dość ciekawie. Oczywiście obłowiłam się w  co się dało, bo przybyły mi miseczki do dipów, miski do zupy i talerze "rozgwiazdy"...
No powiedzcie sami, czy Ja mogłam koło takich ślicznotek przejść obojętnie?















W domu małe zmiany.

Po pierwsze - pokój dzienny przeżył malowanie. Kolor oczywiście jedyny i właściwy, czyli biały.
Została także obniżona półka. Zamiast dekoracyjnego kramu, rozgościły się na niej nasze dokumenty. Przedkładam obecnie coraz bardziej praktyczność rzeczy martwych. Wygląda to może mało wnętrzarsko, ale takie są uroki małych mieszkań - ot, trzeba sobie życie bardziej ułatwić niż skomplikować. Wcześniej dokumenty miałam w sypialni i było mi to bardzo nie na rękę, bo żeby coś przejrzeć lub poszukać to albo rozkładałam się z tym na łóżku w sypialni, albo niosłam to do pokoju dziennego na stół. Stwierdziłam, że po co mam utrudniać sobie życie, niech dokumenty będą tam, gdzie łatwiej mi się w nich rozeznać.




Przybyła nam też nowa półka z szufladami. Myślę, że pokój nabrał teraz więcej nowoczesności (przymknijcie oko na ten zegar, ale nie zdążyłam go jeszcze po malowaniu powiesić) ;)
Tutaj także, czyli w pokoju dziennym, rozgościły się letnie dodatki... :)))



Wymieniłam w witrynach gałki na kryształowe. Te orginalne czarne zbytnio mi się nie podobały.






I tradycyjnie już (no nie mogłam się powstrzymać!) trochę migawek z naturą w roli głównej... :)

Mały zielony gość na anemonie


Naparstnice

Ostróżki


Do następnego razu! Pa!

Wasza D.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Będzie mi miło jak zostawisz po sobie widoczny ślad w postaci komentarza... :)