Blog o dopatrywaniu się radości w małych rzeczach, bo bez tych małych radości, przecież tych dużych by nie było... ;)


sobota, 11 lutego 2017

Jestem jędzą! (część 2)

Witajcie!


Moje drogie panie, ze względu na popularność ostatniego posta, pociągnę jeszcze ten temat.
Przygód z domokrążcami  to Ja miałam, oj miałam... Wiele  mogłabym opowiadać. Dzisiaj opiszę Wam dwie inne sytuacje...
Pierwsza była dość niebezpieczna.
Typowy dzwonek u drzwi (i już nerwowo drży mi powieka) a Ja pędzę! Pędzę z  rozkudlonym włosiem, bo nawet uczesać się jeszcze nie zdążyłam. Ot, i stoi jakiś tłustawy, spocony typek, sapiąc łapie oddech, a pysk ma czerwony, jakby papryczkę chili połknął...
- "Uffffff... Dzień dobry... Przychodzę tu do pani w bardzo ważnej sprawie. Chciałbym porozmawiać o dzieciach wykorzystywanych seksualnie."
- "Wie pan co, jakoś mnie to nie interesuje..."
- "Jakim  człowiekiem trzeba być, żeby nie czuć współczucia dla ofiar! Jak to panią to nie interesuje! To biedne bezbronne dzieci!!! Wstyd!!! WSTYD!!!"
I tu się przestraszyłam, bo typ zaczął krzyczeć, a im bardziej ton jego głosu wzrastał tym gorzej robił się czerwony. Krople potu zciekały mu po twarzy, plus te jego rozczochrane długie włosy tworzyły widok coraz bardziej upiorny. Ale nic...
- "Proszę pana, Ja współczuję takim dzieciom, tylko nie rozumiem powiązania. Co Ja mam z tym wspólnego, co pan ma z tym wspólnego?"
-" Bo pani może pomóc! Wystarczy tylko zaprenumerować gazetę (i tu pada jej nazwa), a część dochodu jest przeznaczona na ten cel."
-"Wie pan co, Ja nie czytam żadnych gazet. Jedyną gazetą co oglądam to jest "Schlossbote" (darmówka dla każdego mieszkańca Brühl) I wie pan po co oglądam? Zeby te spłachcie poukładać na  górnych szafkach kuchennych, żeby zaoszczędzić sobie na sprzątaniu. Nie widzę w ogóle sensu prowadzenia dalej tej rozmowy. Może ktoś z sąsiadów będzie i zainteresowany prenumeratą, Ja niestety nie jestem."
I tu typ poczerwieniał tak, jakby miał tuż, tuż wybuchnąć, więc Ja czym prędzej zamykam drzwi.......
A On?
Postawił mi nogę między drzwiami a futryną!!!!!
I w tym momencie usłyszałam w głowie bicie własnego serca,  bo nie wiesz człowieku, czy facet ma po kolei w głowie i co zamierza... A Ja w domu jestem SAMA! No nie... Pozostało  drzeć gardło ile dała fabryka! Powiem Wam tylko tyle, że na szczęście w tym momencie otworzyły się gdzieś na klatce schodowej drzwi i zaczął ktoś schodzić. Domokrążca cofnął nogę, Ja trzasnęłam drzwiami i tylko usłyszałam jak odchodząc mi rzucił: "- Dumme Kuh!" ( czyli "Głupia krowa!")

Inna sytuacja.
Nie wiem kiedy się to zaczęło i jak długo to już trwa. Grzebiąc w pamięci nie mogę dokopać się do tego tego dnia, kiedy to w moich drzwiach stanął pierwszy raz barczysty, uśmiechnięty blondyn z niebieskimi oczami i radośnie wyrecytował:
- "Nie potrzebuje pani przypadkiem ziemniaków?"
I tu muszę  niektóre z Was ( te co są u mnie na blogu krócej) uświadomić - ziemniak, to moje ulubione warzywo. Nic mu nie dorówna! Już od dziecka uwielbiałam placki ziemniaczane (tych nigdy u nikogo nie odmówię, można mnie na nie najłatwiej złapać). Mieszkając jeszcze na Mazurach potrafiłam wstać o czwartej rano, pójść na pole i ukopać sobie kartofelków, żeby po nieprzespanej nocy (książki czytałam wtedy namiętnie do rana) zrobić sobie na śniadanie fryteczki z sadzonym jajeczkiem.... Te nasze własne ziemniaki były najlepsze, bo wiadomo, wiejskie, takie prawdziwe "bio". Także jak gospodarz z niebieskimi oczami polecił własne, z własnego pola to oczywiście zaczęłam kupować, bo przecież są o niebo lepsze niż te ze sklepu.  Czasami wzięłam worek, czasami nie...Zdarzało się, że bardzo długo nic nie kupowałam u Kartoffelmanna ( tak jest nazywany tutaj sprzedawca ziemniaków). Nie wiem ile razy odesłałam go z kwitkiem, mówiąc oschłe "NIE", wkurzone "NIE", zmęczone "NIE"...  I ile tych "NIE" było. A On z uśmiechem polecał się na przyszłość. Ba! Nawet regularnie po tym kwitku potrafił zadzwonić jeszcze raz, żeby wcisnąć mi gratisiki - jakieś jabłuszka, cebulkę, nawiązując przy tym próby jakiejkolwiek rozmowy, na ten przykład?  Ze mam fajną podłogę w przedpokoju. Hmmmm... Pomyślałam sobie - facet kompletnie się nie zna, podłoga jak podłoga, raczej jak dla mnie czerstwa i brzydka... I aż tu któregoś dnia moja  ś.p. już babcia-sąsiadka, pani A. wyszła na schody, bo też kartofelki potrzebowała i składając ręce rzuciła tekst:
-" Pani "voncologne"! Co to za mężczyzna! Echhhhh... Żebym Ja była młodsza pani "voncologne", to ale bym go brała! Brałabym, a co!"
I tutaj dała żartobliwego kuksańca niebieskookiemu. Taka była ta moja babcia sąsiadka, radosna, pełna pozytywnej energii, można z nią było na każdy temat pogadać, czy o gotowaniu, sprzątaniu, problemach z facetami, sexie... Była jedyna w swoim rodzaju i wiem, że takiej sąsiadki już nigdy nie będę miała... I tu ta moja wyjątkowa pani A. rzuciła  pewien  tekst, przez który rozjaśnił się mój jakże zaciemniony umysł:
-"Czy pani widzi, jak On na panią patrzy?! Piękna kobieta z tej mojej sąsiadeczki, coooo?"
I w tym momencie twarz Kartoffelmanna przybrała kolor różowego pudru, a Ja podniosłam wzrok i spojrzałam głęboko, ale to bardzo głęboko w te niebieskie oczy.....
O cholera! Ze Ja tego wcześniej nie zauważyłam! Teraz rozumiem te wciskanie w moje łapki jabłuszka, cebulki....


źródło: www.lavita.de

Najdroższy oczywiście także wyczaił pismo nosem,  miał niezły ubaw i ma do tej pory...
... bo sytuacja ta trwa nadal. Wyobraźcie sobie, jaki wydał rechot,  jak wróciłam sprzed drzwi z.......? Dwoma jajkami! Nie muszę tłumaczyć tych skojarzeń.
Jak tylko wyczai Kartoffelmanna przez okno od razu mi rzuca z uśmieszkiem:
-"Przygotuj się kochana, zaraz będziesz miała gościa!"
-"O nie... Ja nie otwieram!"
-"No idź........ Nie bądź jędzą! Przecież nadajesz sens życia temu człowiekowi..." - i tu Najdroższy mrugnął żartobliwie okiem.
Widząc, że nic z tego poszedł sam do drzwi, otworzył, spławił nieszczęśnika, po czym wrócił i prężąc dumnie pierś, niby ten rycerz, rzucił:
- "No! Uratowałem Cię!"
I zaraz dodał przewrotnie:
-"Co za to będę miał?"
Czasami bywa, że otworzę te nieszczęsne drzwi, czasami nie.
Na ogrodzie jest gorzej.
Leżę latem na leżaku i kiedy usłyszę już ten znajomy klakson, pierwsze myśli to:
-"O rzesz ty! Dzisiaj poniedziałek! KARTOFFELMANN! Uciekać! U-CIE-KAC!"
Nie zawsze to ma jednak sens, bo jak nie na ogrodzie, to złapie mnie w domu. Rzucam okiem na "obóz wroga" (dla niezorientowanych, to część ogrodu moich mniej lubianych sąsiadów), a tam już zebrała się publika i siedzą wszyscy niczym te wrony na linii wysokiego napięcia. Siedzą i czekają na spektakl. A ten, jak natychmiast nie dam nogi, to odbędzie się niezaprzeczalnie. Pani A. już mi daje znaki, robiąc dzioba niczym rybka i... wydając buziaczki, wzdychając i przy tym składając ręce...
Co tam. Zostaję. Wezmę to wszystko na klatę. I znowu pada pytanie:
- Nie potrzebuje pani przypadkiem ziemniaków?"
Odpowiadam, że nie, ale moi sąsiedzi to na pewno potrzebują.... Odchodzi. Słyszę jak z nimi rozmawia i o czym rozmawia i tak sobie myślę - kurcze, przecież on z nikim się nie spotyka, jeździ z tą swoją mamą ciężarówką (na marginesie mama jego bardzo mnie lubi, sama nie wiem dlaczego), jego klijenci to najczęściej renciści, rozprowadza towar. Oprócz setek hektarów pola i rogacizny w oborze nie wiele ma z tego życia i na nic nie ma czasu... I zaczynam liczyć... 1..., 2..., 3... 20...
- "Hej! Fajnie tu pani ma na tym ogrodzie..."
Wiedziałam! Zanim doliczyłam do dwudziestu już jest niczym ten bumerang. I zaczyna rozmawiać na tematy takie co....? Ja jestem naprawdę w stanie zrozumieć dlaczego do tej pory się nie ustatkował, bo  a to o nieudanych plonach, a to o zasiewach... Ale moje drogie panie! Pewnie inna kobieta w tym momencie przypomniałaby sobie gwałtownie o pozostawionym "mleku na gazie" i dała nogę, ale nie Ja. Przecież w końcu ukończyłam Sorbonę w Dźwierzutach, a z produkcji roślinnej i zwierzęcej byłam uczniem celującym (dobra, ostra szkoła pani profesor Olszewskiej). Nie muszę opisywać miny "domokrążcy" jak wykazałam znajomość tematu. I tak z tematu na temat przechodząc, wiem że na imię ma Thomas, znam wszystkie zawiłości życia jego rodziny, jakie szkoły pokończył, co uprawia, ile ma hektarów... I co Ja  tam jeszcze wiem!
I wiem na pewno też to, że domokrążca to też człowiek, i są tacy domorążcy co potrzebują czasami tylko z kimś pogadać...
:)


I na koniec migawki z dzisiejszego dnia. Wstałam rano i nie wierzyłam własnym oczom!
BIEL na dworze!
Zrobiło się bajkowo...















I to by było na tyle... Nadal się zdrowo odżywiam! :)

Wasza "voncologne" :)




39 komentarzy:

  1. Ten pierwszy to nieciekawy typ. Masakra jakaś wręcz. Co Ty babo wizjera nie masz w drzwiach??!
    A ten drugi... No biedy słodziak :D Cieszyć się tylko trzeba, że tak oczęta w ciebie wglapił. Ile nas w tym wieku ma szanse na takie cielęce zauroczenie w swojej osobie? :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyobraź sobie że nie mam wizjera ani domofonu! Stary budynek a i instytucja wynajmująca nam to mieszkanie jakoś nie bierze sobie do serca bezpieczeństwo mieszkańców. Za to rząd budynków za nami, dziwnym trafem wyposażyli w domofony. Będę musiała tą sprawę ruszyć.
      Fakt, ten drugi to niegroźny człowiek i mam same korzyźci z niego! Bo nikt nie ma tak świeżutkich i doborowo wybranych pyrek jak Ja! ;))))
      ..."w tym wieku"?! Aniu, jesteś dużo młodsza ode mnie, a Thomas jest tylko 3-4 lata ode mnie starszy... ;))))

      Usuń
    2. Dobra, dobra. Obie jesteśmy w drugiej połowie do 70tki. Cielęce oczka to już nie jest coś, co się trafia na porządku dziennym. Przynajmniej u mnie 😆

      Usuń
    3. Mówisz? To tym bardziej faceta doceniam... ;)))

      Usuń
    4. No raczej! I do tego swoje warzywka ma, owoce, jajeczka... :D :D :P

      Usuń
    5. ...czyżbyś była Aniu zainteresowana? Uważaj, bo doniosę Twojemu facetowi! ;))) hihi!
      I tu mi nie wchodzić w paradę proszę! ;))))

      Usuń
    6. Ja to zdecydowanie bardziej jestem zainteresowana tym warzywnikiem niż panem :D

      Usuń
    7. Ja znowu przestrzenią jąką on tam może mieć! Bo wiesz jaką Ja mam na ogrodzie ciasnotę...

      Usuń
    8. Chłop by na głowę upadł jakby to poczytał :D

      Usuń
  2. U Ciebie biało a ja mam już dosyć bieli za oknem... już chciałabym pięknej wiosny :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Agatko, wiosna już idzie.... Snieg stopniał ukazując już sporej wielkości tulipany.... :)

      Usuń
  3. Drugi, znaczy Kartoffelmann, wzbudził moja autentyczną sympatię. Chyba bym czasem na Twoim miejscu te ziemniaki od niego kupiła, niech ma chłopak coś z życia. Wyobrażam sobie jak musiało mu być miło, kiedy znalazł w Tobie bratnią duszę w temacie produkcji roślinnej i okolic:) Też mogłabym z Wami o tym pogadać, bo na ogrodnika byłam onegdaj kształcona;-)))
    Pan od ziemniaków to niezbity dowód na to, że nie można wszystkich domokrążców w jeden worek upakować. Myślę, że dl niego te rozmowy z Tobą to ważne chwile. A że z tego co piszesz, wynika, że jest nienachalny i raczej miły, więc czemu by nie pogadać.
    Pozdrawiam i uśmiech na niedzielę przesyłam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana, onegdaj to Ja nie na ogrodnika się kształciłam, tylko na rolnika!
      Wyobrażasz sobie minę pana od kartofli jak mu to powiedziałam? A jeszcze jak dodałam, że moi rodzice mieli gospodarstwo rolne - to już był szczyt szczytów! Ba! Tylko, że Ja jestem zamężna... hihihi! ;) Czasami jak mi Najdroższy podnosi temperaturę, to straszę go, że te kilkanaście metrów kwadratowych ogródka mogę zamienić bezproblematycznie na kilkaset hektarów pola... ;)
      Wybór szkoły rolniczej był w sumie z przypadku i konieczności, ale tą szkołę wspominam nadal ze wzruszeniem. Podstawówki za to niecierpiałam i nie zionę do tych wspomnień miłością.

      Usuń
  4. Ha fajna puenta: domokrążca też człowiek! :)))
    Miłego dnia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ...ale zdarzają się i tacy, jak z tej pierwszej opowieści. Z tym bym nie chciała znowu się spotkać.

      Usuń
  5. Chwyciłam od Ciebie zdrowotnego bakcyla. Kanapki wyglądają apetycznie. Mniam.
    Przebiśniegi i mini ogródki w słoikach to prawdziwy hit.
    Zgadzam się z z Tobą, że w domokrążcy (człowieku) można odnaleźć prawdziwego człowieka.
    Pozdrawiam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ...właśnie napisałam Ci komentarz o tej Twojej sałatce... ;)))))))

      Usuń
  6. Pierwszego szcerze współczuję. Ja raz miałam wątpliwą przyjemność z kobietą, która rzekomo zbierała pieniążki dla fundacji wspierającej chore dzieci. Nigdy w ten sposób nie pomagam, nie wiem czy to dobrze czy nie, zdecydowanie wolę wpłaty bezpośrednio przelewem, a nie do rąk pośredników. Nie mam zaufania do takiego sposobu zbierania datków. Ale wracając do tematu, zima, byłam sama w domu z roczną i trzyletnią córką, uchyliłam lekko drzwi bo myślałam, że to sąsiadka przyszła. A ta kobieta władowała mi się do domu, zaglądała z przedpokoju do salonu, nie wiem czy sprawdzała jak mieszkam czy fakt, czy jestem sama. Była miła do momentu, w którym powiedziałam, że jednak wolę wpłacać na konta fundacji. Jak ona na mnie popatrzyła, miała ochotę wydrapać mi oczy. Coś tam mruknęła niemiłego pod nosem i trzasnela drzwiami. Od tamtej pory nie otwieram żadnym domokrążcom. Jakoś mam z nimi tylko źle skojarzenia. Ale twój przypadek to już ekstremum. Za to wielbiciel to miłe doświadczenie chociaż faktycznie krępujące czasem. Buziaki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moniu, z tymi zbieraczami datków po domach, to u mnie też nikt się nie pożywi.
      A skąd ta pewność, że pieniądze trafią do chorych dzieci? Będziesz to sprawdzać?
      A niby jak?
      Ja też wolę przelewem załatwiać takie sprawy. Dwa razy w życiu udzieliłam się charytatywnie w taki sposób i wiem, że pieniądze poszły tam gdzie trzeba. Nie podpisuję żadnych umów na prenumeratę gazet z niby częścią dochodu na chore dzieci, bo to jest trick! Chcą zdobyć klijenta, łapiąc go za serce wchodząc na sumienie. Jak będę chciała gazetę, to sobie ją kupię w kiosku, nie musi mi być przysyłana do domu i to przez cały rok! Bo na rok jest umowa. I jeżeli tej umowy nie zatrzymam dwa miesiące przed końcem roku (piśmiennie!), to umowa przedłuża się automatycznie na następne 12-ście miesięcy.I po co mi takie coś? Robić sobie szamotaninę i prenumerować spłacheć przez który bynajmniej nie zaoszczędzę i nie jest mi on do życia potrzebny.
      A z tą kobietą, to może oceniała Twój stan majątkowy po tym co posiadasz? Wiesz, u nas w sumie aż tak wartościowych rzeczy w domu nie ma, ale są ludzie, którzy będąc u Ciebie, mogą Ci rozejrzawszy się po prostu podesłać złodzieja. Także ostrożnie z tym otwieraniem drzwi! ;)

      Usuń
    2. Masz 100% racji. Ja ogólnie nie korzystam z żadnych zakupów ani usług oferowanych przez akwizytorów i zbieraczy czegokolwiek. Od odwiedzin tamtej kobiety nie otwieram drzwi dopóki nie dowiem się kto za nimi stoi. Zamiast wizjera w drzwiach mam szybkę z nibywitrażem, tylko co z tego, skoro zniekształca obraz i nie jestem w stanie nikogo rozpoznać :(. Namawiam męża na taki łańcuch na drzwi i chyba w końcu się doproszę :). Przypomniała mi się jeszcze przygoda z tzw. cyganami. Miałam wówczas około 8 lat, było lato, mieszkaliśmy w bloku i dane mi było podsłuchać rozmowę mojej mamy z kobietą żebrzącą o cokolwiek dla swojej rodziny. Moja mama pieniędzy jej nie dała, bo po prostu nie miała. Obdarowała ją ciuchami i jedzeniem. Wychodząc poźniej na zewnątrz znaleźliśmy jedzenie rozrzucone po klatce schodowej i po chodniku, ciuchy były porozwieszane na ogrodzeniu pobliskiej szkoły. Sensu pomagania takim oszustom od tamtej pory nie widzę. Pozdrawiam Cię serdecznie :)

      Usuń
    3. Moniko, bo to "cokolwiek" to tylko pretekst, a chodzi głównie o pieniądze. Mieszkając jeszcze w Polsce i będąc nastolatką, jeździłam często do Olsztyna. Zeby zbyt wiele kasy nie rozwalać w mieście, brałam ze sobą jedzenie, bo dopiero późnym wieczorym był autobus powrotny do mojej wioski. To wzięłam raz sobie kanapki i bułki drożdżowe, bo musiałam w Olsztynie spędzić praktycznie calutki dzień. Na dworcu podszedł do mnie jakiś rumuński dzieciak i zaczął żebrać. Nie dałam mu pieniędzy, tylko drożdżówkę, obejrzał i wychrzanił na moich oczach. Potem widziałam go jak wcinał banany. I tu muszę Ci powiedzieć, że jeszcze ćwierć wieku temu banan był dla mnie owocem luksusowym i nie było mnie na banany stać na codzień... Teraz to całkiem już inna bajka... ;))))

      Usuń
  7. Fajnie mieć takiego niegroźnego wielbiciela, który warzywkiem wspomoże, podniesie ciśnienie mężowi, a i pogada czasami.U nas to tylko węgiel oferują, a wiadomo kto z węglem, to nawet urody nie sposób dostrzec, w dodatku mamy piec na olej.
    A że piękna z Ciebie kobieta to widać na zdjęciach.:))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmmmmmmm... No z tym podniesieniem ciśnienia, to Najdroższy dzisiaj sobie zażartował, że ten Kartoffelmann to chyba tylko czeka, aż on nogi wyciągnie! hehehe! ;)

      Usuń
  8. We matko no ta poerwsza sytuacja to nie fajnie,kto wie jak by to sie skończyło... Ale ty ostra babka jesteś i sobie bys nie dała to wiem. A z tym typkiem... napewno się jakoś ułoży :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, gdybym miała w domu psa, to tego pierwszego psem bym poszczuła! ;)

      Usuń
  9. No tak.... nigdy nie wiadomo kto stoi po drugiej stronie drzwi... Czasami jest to miła , pozytywna osoba, a czasami bywa niebezpiecznie , jak w pierwszym przypadku. Ale cóż, tak właśnie jest i oby jak najmniej tych niemiłych sytuacji.
    Cudną masz wiosnę na parapecie, a za oknami zima w pełni, tak samo jest i u mnie.
    Ściskam serdecznie, Agness <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W słoikach mam szafirki i żonkile, są jeszcze krokusy, ale nie wiem czy w domowych warunkach potrafią zakwitnąć...
      Uściski!

      Usuń
  10. Super historia :))) zakochany ziemniaczany chłop :))

    OdpowiedzUsuń
  11. Piękne dekoracje z szafirkami i żonkilami, a kanapeczki palce lizać :)
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ostatnimi czasy kanapeczki (jeżeli nie ma do nich sałatki) są baaaardzo wypasione (oczywiście w warzywa).

      Usuń
  12. Taką historię dopiero teraz opowiadasz!
    Czytałam z otwartą buzią i już myślałam, że owy Kartoffelman się okaże Twoim obecnym mężem :)))
    No powiem Ci, że wstrzeliłaś się w temat Walentynkowy idealnie :)
    Cudna historyjka!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Małgosiu, czytając ten Twój komentarz normalnie parsknęłam śmiechem!
      Mężem? No coś Ty! Ja już męża mam! Dlatego historia ta nie jest tak w 100% romantyczna, ale za to niekończąca się, żyjąca nadal...... I właśnie! Na Walentynki idealna. Niech i Ja dołożę coś od siebie, taką własną prawdziwą historię z kartoflanym sercem w dłoniach...
      Uściski!

      Usuń
  13. Kurcze Myslalam ze tylko mnie szlag trafia jak slysze niezapowiedziany dzwonek do drzwi Ludzie za drzwiami sa jak czekoladki Raz trafisz na okropny smak a raz mile cie zaskoczy ale czasem nie powinno się wcale otwierac tego przysłowiowego pudelka czekoladek Pozdrowionka

    OdpowiedzUsuń
  14. Kartoflany wielbiciel :D Zdjęcia skradły moje serce! Ależ tęsknię za wiosną!

    Serdeczności!

    OdpowiedzUsuń
  15. Ten pierwszy to bardzo nieciekawy osobnik, a drugi zakochany wielbiciel znalazł sposób aby ukochaną spotykać:)Piękna zima za oknem, ale ja chcę już wiosny. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Cóż wam dziewczyny mogę na to powiedzieć?
    Chyba tylko to, że każda potwora ma swego amatora... ;)))))))

    OdpowiedzUsuń
  17. Widać nie jesteś aż taka jędzowata jak piszesz, skoro ciągną do Ciebie jak pszczoły do miodu ;)
    Ale na pierwszego gościa polecam mieć w kieszonce fartuszka gaz w sprayu czy cóś chociażby lakier do loków ;)
    buziaki!

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Będzie mi miło jak zostawisz po sobie widoczny ślad w postaci komentarza... :)