Blog o dopatrywaniu się radości w małych rzeczach, bo bez tych małych radości, przecież tych dużych by nie było... ;)


niedziela, 19 lutego 2017

Siedem dni, siedem sałatek #3

Witajcie!


Jestem jak zwykle spóźniona z tym postem. Przyczyna prosta:
 - czasami zamiast sałatki wieczorem chce mi się zjeść jakąś wypasioną w warzywka kanapkę,
- bądź  są powtórki przepisów już zamieszczonych,
- albo  zostanie czegoś więcej z dnia poprzedniego, a że jest jeszcze zjadalne, to wiadomo - nie ma sensu wyrzucać, na to jestem zbyt oszczędna.
Ważne, że trwam nadal w mocnym postanowieniu zmieszczenia się w te wąskie drzwi raju... ;)))
A teraz fakty.
Cała akcja  trwa już.....?
5 tygodni.
Bilans? 9 kg mniej!
Hormony szczęścia dopisują na tyle, że zadowolonym wzrokiem zaczęłam oglądać się w lustrze. Do ideału jednak droga daleka, ale co już jest, to JEST! ;)
Najdroższy zazdrości, bo sam ma sporego brzuchacza (do zgubienia? może i kiedyś tam...hihi!) i tak jak Ja się sobą zachwycam wysyłając lusterku zalotne spojrzenia - no i co tu wiele ściemniać, rządając odpowiedzi:
- "Lustereczko powiedz przecie, kto jest na idealnej diecie?"- to Najdroższy  mi tu różne przytyki robi:
- "Czy wiesz kochana, czyich zdjęć w naszym domu jest najwięcej?"- i tu mrugnął mi z uśmieszkiem okiem.
- "Nooooo... Dzieci, naturalnie"
-"A czy przypadkiem nie mojej bardzo kochanej i jeszcze bardziej nieskromnej małżonki?"
-"Co Ty pleciesz?! Przeliczałeś, czy co?"
Powiem szczerze, że....?
Ja przeliczyłam.
Cholera! Faktycznie! 50% wszelkich ramek to moja twarz! Ba! Ze SKROMNOSC to nie jest moje drugie imię, to już kiedyś pisałam na blogu. Kurde, ale to są stare zdjęcia! A kiedy będą świeże to nie wiem. Ot, zazdrosny czepialski! O nowe ciuchy się nie czepia, a o stare zdjęcia!
Miał ktoś podobną sytuację?


W ostatnim  tygodniu musiałam ostro przysiąść na tyłku i z sałatkami i z ćwiczeniami, bo dopadły nas wirusy. Także zamiast intensywnie się ruszać, wypacać...
...to intensywnie gorączka wyciskała ze mnie poty. Zresztą nie tylko ze mnie. Wszystkich nas w domu położyło. Obecnie wracamy do sił i jest na szczęście lepiej.



Na pierwszym zdjęciu nie sałatka, tylko prezent od Walentego... :))) Muszę przyznać, że Walenty w tym roku nieźle wyskoczył z kasy... ;) Storczyk bez żadnych kiczowatych serduszkowatych dodatków i taki właśnie ma klasę.

Thanks YOU Walenty! :))))




Szał wypasionych kanapek.... :)


1.Sałatka z miodowymi pieczarkami

...i wreszcie sałatki! 
Ta jest wyjątkowa.

Sałatka z miodowymi pieczarkami
(porcja na 6 osób)


500g brązowych pieczarek
200ml pomarańczowego soku
1 duża cebula
2 ząbki czosnku
500g roszponki
1 pomarańcz
miód
olej oliwkowy i masło
sól pieprz
ocet balsamiczny
olej oliwkowy (dodatkowo)
cukier

Umyj i oczyść roszponkę.

Z drobno pociętej cebuli oraz czosnku przygotuj kwaśny sałatkowy sos, mieszając te składniki z balsamicznym octem, olejem z oliwek. Przypraw solą i pieprzem według własnego uznania.

Obierz ze skórki pomarańcza i wyfiletuj.

Sok pomarańczowy wstaw na palnik i gotuj tak długo aż zmniejszy objętość o1/3 lub 1/4.

Grzyby potnij na ćwiartki. Rozgrzej patelnię. Wrzuć masło i olej oliwkowy. Smaż na tym pieczarki. Przypraw solą i pieprzem. Posyp dobrą szczyptą cukru. Dodaj 2-3 łyżki miodu. Mieszaj całość, aż zacznie się lekko karmelizować. Dodaj sok pomarańczowy. Jeszcze chwilę podsmaż.

Sałatę roszponkę wymieszaj z wcześniej wykonanym kwaśnym sosem.

Na sałatę wyłóż grzyby i obłóż kawałkami pomarańcza.

Dla chętnych pomocnicze VIDEO. Przepis pochodzi z niemieckiej strony www.chefkoch.de. Nieco recepturę zmieniłam, bo nie dałam parmezanu ,a to z prostego względu, bo po prostu go nie lubię. Zmianą jest też to, że sok pomarańczowy dodałam do reszty składników.


2. Sałatka z awokado i krewetek


 Sałatka z awokado i krewetek
(porcja na dwie osoby)

1 dojrzałe awokado
(obierz i pokrój w kostkę)

1/2 czerwonej papryki
(posiekaj w drobną kosteczkę)
1 opakowanie parzonych krewetek (dużych)
(są już gotowe do zjedzenia, tych nie trzeba wrzucać na patelnię)

pietruszka
sok z cytryny
olej oliwkowy
sól i pieprz
(przypraw według swojego uznania)


3.Sałatka z awokado, ogórka i jajek

Sałatka z awokado, ogórka i jajek
(porcja na 2 osoby)

1 dojrzałe awokado
(obierz ze skórki i pokrój w kostkę)

2 jajka
(ugotuj na półtwardo i potnij na ćwiartki)

pół ogórka sałatkowego
(potnij w kostkę)

sałata lodowa, ale może być inna o drobnych listkach
(lodową potnij w kostkę)

czarne oliwki
(potnij w krążki)

sok z cytryny, sól i pieprz
 (przypraw pocięte składniki według własnego uznania)

Na sos: 2 łyżki majonezu
2 łyżki oliwy z oliwek
1 i 1/2 łyżeczki musztardy
1 i 1/2 łyżeczki syropu klonowego
( wszystkie składniki wymieszaj według podanej kolejności. Wymieszaj z pociętymi składnikami)


4.Sałatka z kalarepy, marchwi i rzodkiewki

Sałatka z kalarepy, marchwi i rzodkiewki
(idealny dodatek do obiadu, czy do grillowania)

Kalarepa
(potnij na drobne paseczki, bądź zetrzyj na tarce z dużymi otworami)

Marchew
(zetrzyj na tarce z dużymi otworami)

Jabłka
(zetrzyj podobnie jak kalarepę i marchew)

Rzodkiewka
(potnij w paski)

Pietruszka
(posiekaj)

sól, cukier, olej,  kwasek cytrynowy
(dopraw wedle własnego smaku)



5. Sałatka nietypowa, czyli z roszponki, melona, winogron,  borówek i suszonych pomidorów

Tą sałatkę wyniuchałam u Moniki z "Katalog inspiracji". Okazało się, że post jest specjalnie dla mnie, także tym bardziej wypróbowałam przepis. Sałatka smaczna, o nocie bardzo owocowej.



Sałatka nietypowa (z roszponki melona, winogron, borówek i suszonych pomidorów)
 
*sałata - roszponka
*czerwone winogrona
*ser pleśniowy (u mnie "brie")
*suszone pomidory
*melon
*żurawina
*sos
(olej, ocet jabłkowy, sól, pieprz, cukier, musztarda - wszystko mieszamy)
Wykonanie:
*układamy sałatę
*ser, melon i pomidory kroimy w kostkę lub paseczki
*ziarna winogrona przekrawamy na połowę
*całość polewamy sosem i posypujemy żurawiną
 U mnie na zdjęciu akurat nie widać winogron, bo je zapomniałam dodać... ;))))

6.Sałatka improwizowana
Sałatka improwizowana, to nic innego jak zbieg okoliczności i  pomieszanie akurat tego co było pod ręką, czyli fasolki szparagowej, białej papryki, czerwonej papryki, kukurydzy, szczypiorku. Do tego sos.

7. Sałatka z gnocchi, rukoli i suszonych pomidorów
Ostatnia z sałatek to przyznam się szczerze, że nie zrobiła na mnie dużego wrażenia, ale może i ktoś i tak zechce przepis wypróbować, to proszę bardzo:


Sałatka z gnocchi, rukoli i suszonych pomidorów

Gnocchi
(Ja użyłam opakowanie suszonych. Ugotuj według przepisu na opakowaniu. Odstaw do wystygnięcia)

Rukola
(Umyj, oczyść, ewentualnie rozdrobnij na mniejsze kawałki)

Cebula
(potnij w drobną kosteczkę)

Suszone pomidory
(potnij w paski)

Piniowe orzeszki (Ja nie miałam, zamieniłam słonecznikiem)
(podpraż na patelni)

olej oliwkowy, ocet balsamiczny, sól, bazylia
(dopraw według własnego uznania)

Wszystko wymieszaj.


 I na koniec jeszcze wiadomości z moich wiosennych słoików.





Ze zakwitły posadzone tam szafirki i żonkile, to widzieliście w ostatnim poście.
Ale że zakwitły w domowych warunkach krokusy, tego się nie spodziewałam.... :)
Wiosno przybywaj!
I na tym kończę moją pisaninę!

Do następnego razu...

"voncologne"

sobota, 11 lutego 2017

Jestem jędzą! (część 2)

Witajcie!


Moje drogie panie, ze względu na popularność ostatniego posta, pociągnę jeszcze ten temat.
Przygód z domokrążcami  to Ja miałam, oj miałam... Wiele  mogłabym opowiadać. Dzisiaj opiszę Wam dwie inne sytuacje...
Pierwsza była dość niebezpieczna.
Typowy dzwonek u drzwi (i już nerwowo drży mi powieka) a Ja pędzę! Pędzę z  rozkudlonym włosiem, bo nawet uczesać się jeszcze nie zdążyłam. Ot, i stoi jakiś tłustawy, spocony typek, sapiąc łapie oddech, a pysk ma czerwony, jakby papryczkę chili połknął...
- "Uffffff... Dzień dobry... Przychodzę tu do pani w bardzo ważnej sprawie. Chciałbym porozmawiać o dzieciach wykorzystywanych seksualnie."
- "Wie pan co, jakoś mnie to nie interesuje..."
- "Jakim  człowiekiem trzeba być, żeby nie czuć współczucia dla ofiar! Jak to panią to nie interesuje! To biedne bezbronne dzieci!!! Wstyd!!! WSTYD!!!"
I tu się przestraszyłam, bo typ zaczął krzyczeć, a im bardziej ton jego głosu wzrastał tym gorzej robił się czerwony. Krople potu zciekały mu po twarzy, plus te jego rozczochrane długie włosy tworzyły widok coraz bardziej upiorny. Ale nic...
- "Proszę pana, Ja współczuję takim dzieciom, tylko nie rozumiem powiązania. Co Ja mam z tym wspólnego, co pan ma z tym wspólnego?"
-" Bo pani może pomóc! Wystarczy tylko zaprenumerować gazetę (i tu pada jej nazwa), a część dochodu jest przeznaczona na ten cel."
-"Wie pan co, Ja nie czytam żadnych gazet. Jedyną gazetą co oglądam to jest "Schlossbote" (darmówka dla każdego mieszkańca Brühl) I wie pan po co oglądam? Zeby te spłachcie poukładać na  górnych szafkach kuchennych, żeby zaoszczędzić sobie na sprzątaniu. Nie widzę w ogóle sensu prowadzenia dalej tej rozmowy. Może ktoś z sąsiadów będzie i zainteresowany prenumeratą, Ja niestety nie jestem."
I tu typ poczerwieniał tak, jakby miał tuż, tuż wybuchnąć, więc Ja czym prędzej zamykam drzwi.......
A On?
Postawił mi nogę między drzwiami a futryną!!!!!
I w tym momencie usłyszałam w głowie bicie własnego serca,  bo nie wiesz człowieku, czy facet ma po kolei w głowie i co zamierza... A Ja w domu jestem SAMA! No nie... Pozostało  drzeć gardło ile dała fabryka! Powiem Wam tylko tyle, że na szczęście w tym momencie otworzyły się gdzieś na klatce schodowej drzwi i zaczął ktoś schodzić. Domokrążca cofnął nogę, Ja trzasnęłam drzwiami i tylko usłyszałam jak odchodząc mi rzucił: "- Dumme Kuh!" ( czyli "Głupia krowa!")

Inna sytuacja.
Nie wiem kiedy się to zaczęło i jak długo to już trwa. Grzebiąc w pamięci nie mogę dokopać się do tego tego dnia, kiedy to w moich drzwiach stanął pierwszy raz barczysty, uśmiechnięty blondyn z niebieskimi oczami i radośnie wyrecytował:
- "Nie potrzebuje pani przypadkiem ziemniaków?"
I tu muszę  niektóre z Was ( te co są u mnie na blogu krócej) uświadomić - ziemniak, to moje ulubione warzywo. Nic mu nie dorówna! Już od dziecka uwielbiałam placki ziemniaczane (tych nigdy u nikogo nie odmówię, można mnie na nie najłatwiej złapać). Mieszkając jeszcze na Mazurach potrafiłam wstać o czwartej rano, pójść na pole i ukopać sobie kartofelków, żeby po nieprzespanej nocy (książki czytałam wtedy namiętnie do rana) zrobić sobie na śniadanie fryteczki z sadzonym jajeczkiem.... Te nasze własne ziemniaki były najlepsze, bo wiadomo, wiejskie, takie prawdziwe "bio". Także jak gospodarz z niebieskimi oczami polecił własne, z własnego pola to oczywiście zaczęłam kupować, bo przecież są o niebo lepsze niż te ze sklepu.  Czasami wzięłam worek, czasami nie...Zdarzało się, że bardzo długo nic nie kupowałam u Kartoffelmanna ( tak jest nazywany tutaj sprzedawca ziemniaków). Nie wiem ile razy odesłałam go z kwitkiem, mówiąc oschłe "NIE", wkurzone "NIE", zmęczone "NIE"...  I ile tych "NIE" było. A On z uśmiechem polecał się na przyszłość. Ba! Nawet regularnie po tym kwitku potrafił zadzwonić jeszcze raz, żeby wcisnąć mi gratisiki - jakieś jabłuszka, cebulkę, nawiązując przy tym próby jakiejkolwiek rozmowy, na ten przykład?  Ze mam fajną podłogę w przedpokoju. Hmmmm... Pomyślałam sobie - facet kompletnie się nie zna, podłoga jak podłoga, raczej jak dla mnie czerstwa i brzydka... I aż tu któregoś dnia moja  ś.p. już babcia-sąsiadka, pani A. wyszła na schody, bo też kartofelki potrzebowała i składając ręce rzuciła tekst:
-" Pani "voncologne"! Co to za mężczyzna! Echhhhh... Żebym Ja była młodsza pani "voncologne", to ale bym go brała! Brałabym, a co!"
I tutaj dała żartobliwego kuksańca niebieskookiemu. Taka była ta moja babcia sąsiadka, radosna, pełna pozytywnej energii, można z nią było na każdy temat pogadać, czy o gotowaniu, sprzątaniu, problemach z facetami, sexie... Była jedyna w swoim rodzaju i wiem, że takiej sąsiadki już nigdy nie będę miała... I tu ta moja wyjątkowa pani A. rzuciła  pewien  tekst, przez który rozjaśnił się mój jakże zaciemniony umysł:
-"Czy pani widzi, jak On na panią patrzy?! Piękna kobieta z tej mojej sąsiadeczki, coooo?"
I w tym momencie twarz Kartoffelmanna przybrała kolor różowego pudru, a Ja podniosłam wzrok i spojrzałam głęboko, ale to bardzo głęboko w te niebieskie oczy.....
O cholera! Ze Ja tego wcześniej nie zauważyłam! Teraz rozumiem te wciskanie w moje łapki jabłuszka, cebulki....


źródło: www.lavita.de

Najdroższy oczywiście także wyczaił pismo nosem,  miał niezły ubaw i ma do tej pory...
... bo sytuacja ta trwa nadal. Wyobraźcie sobie, jaki wydał rechot,  jak wróciłam sprzed drzwi z.......? Dwoma jajkami! Nie muszę tłumaczyć tych skojarzeń.
Jak tylko wyczai Kartoffelmanna przez okno od razu mi rzuca z uśmieszkiem:
-"Przygotuj się kochana, zaraz będziesz miała gościa!"
-"O nie... Ja nie otwieram!"
-"No idź........ Nie bądź jędzą! Przecież nadajesz sens życia temu człowiekowi..." - i tu Najdroższy mrugnął żartobliwie okiem.
Widząc, że nic z tego poszedł sam do drzwi, otworzył, spławił nieszczęśnika, po czym wrócił i prężąc dumnie pierś, niby ten rycerz, rzucił:
- "No! Uratowałem Cię!"
I zaraz dodał przewrotnie:
-"Co za to będę miał?"
Czasami bywa, że otworzę te nieszczęsne drzwi, czasami nie.
Na ogrodzie jest gorzej.
Leżę latem na leżaku i kiedy usłyszę już ten znajomy klakson, pierwsze myśli to:
-"O rzesz ty! Dzisiaj poniedziałek! KARTOFFELMANN! Uciekać! U-CIE-KAC!"
Nie zawsze to ma jednak sens, bo jak nie na ogrodzie, to złapie mnie w domu. Rzucam okiem na "obóz wroga" (dla niezorientowanych, to część ogrodu moich mniej lubianych sąsiadów), a tam już zebrała się publika i siedzą wszyscy niczym te wrony na linii wysokiego napięcia. Siedzą i czekają na spektakl. A ten, jak natychmiast nie dam nogi, to odbędzie się niezaprzeczalnie. Pani A. już mi daje znaki, robiąc dzioba niczym rybka i... wydając buziaczki, wzdychając i przy tym składając ręce...
Co tam. Zostaję. Wezmę to wszystko na klatę. I znowu pada pytanie:
- Nie potrzebuje pani przypadkiem ziemniaków?"
Odpowiadam, że nie, ale moi sąsiedzi to na pewno potrzebują.... Odchodzi. Słyszę jak z nimi rozmawia i o czym rozmawia i tak sobie myślę - kurcze, przecież on z nikim się nie spotyka, jeździ z tą swoją mamą ciężarówką (na marginesie mama jego bardzo mnie lubi, sama nie wiem dlaczego), jego klijenci to najczęściej renciści, rozprowadza towar. Oprócz setek hektarów pola i rogacizny w oborze nie wiele ma z tego życia i na nic nie ma czasu... I zaczynam liczyć... 1..., 2..., 3... 20...
- "Hej! Fajnie tu pani ma na tym ogrodzie..."
Wiedziałam! Zanim doliczyłam do dwudziestu już jest niczym ten bumerang. I zaczyna rozmawiać na tematy takie co....? Ja jestem naprawdę w stanie zrozumieć dlaczego do tej pory się nie ustatkował, bo  a to o nieudanych plonach, a to o zasiewach... Ale moje drogie panie! Pewnie inna kobieta w tym momencie przypomniałaby sobie gwałtownie o pozostawionym "mleku na gazie" i dała nogę, ale nie Ja. Przecież w końcu ukończyłam Sorbonę w Dźwierzutach, a z produkcji roślinnej i zwierzęcej byłam uczniem celującym (dobra, ostra szkoła pani profesor Olszewskiej). Nie muszę opisywać miny "domokrążcy" jak wykazałam znajomość tematu. I tak z tematu na temat przechodząc, wiem że na imię ma Thomas, znam wszystkie zawiłości życia jego rodziny, jakie szkoły pokończył, co uprawia, ile ma hektarów... I co Ja  tam jeszcze wiem!
I wiem na pewno też to, że domokrążca to też człowiek, i są tacy domorążcy co potrzebują czasami tylko z kimś pogadać...
:)


I na koniec migawki z dzisiejszego dnia. Wstałam rano i nie wierzyłam własnym oczom!
BIEL na dworze!
Zrobiło się bajkowo...















I to by było na tyle... Nadal się zdrowo odżywiam! :)

Wasza "voncologne" :)




wtorek, 7 lutego 2017

Jestem jędzą!



Witajcie!


Mamy luty, jednak Ja  tym postem jestem jeszcze w styczniu, bo zaczęłam go tworzyć właśnie wtedy. Jak zwykle nie wyrobiłam się czasowo. Więc żeby te zdjęcia nie przepadły mi na zawsze gdzieś na bloggerze ( w wersji roboczej którą kiedyś  tam w czasie porządków pewnie bym usunęła), dlatego dzisiaj będzie nieco wspominkowo.
Zaznaczam też od razu, że post będzie długi w czytaniu, także Ci niewytrwali, mogą od razu zacząć chwalić zdjęcia... ;)))
Po pierwsze styczeń był miesiącem moich urodzin.  Stąd te zdjęcia pavlovej, która było moim urodzinowym ciachem. I niech Was nie zmyli, że jak to? Ja wam tu sałatki wciskam, bijąc się w pierś, że chudnę, a teraz na zdjęciach najsłodszy, najkruchszy i najbardziej delikatny z deserów na świecie? I to z borówkami i waniliowym kremem mascarpone! PYCHA! Spokojnie... Zjadłam tylko kawałek... :) A każdym kęsem delektowałam się jakbym była w siódmym niebie...



Pavlowa z borówkami i kremem mascarpone
 
Na bezę:
6 białek
300 g drobnego cukru do wypieków
1 łyżeczka skrobi kukurydzianej lub ziemniaczanej
1 łyżeczka białego octu winnego lub soku z cytryny

Na krem:
125 g mascarpone, zimnego
1 łyżka cukru wanilinowego
1/2 szklanki (125 ml) śmietanki kremowej 30% lub 36%, b. zimnej

W misie miksera ubić białka ze szczyptą soli na sztywną pianę. Dodawać cukier, stopniowo, łyżka po łyżce, cały czas ubijając, do powstania sztywnej, błyszczącej piany. Dodać octu winnego lub soku z cytryny i ubić. Dodać przesianą skrobię ziemniaczaną i delikatnie wymieszać szpatułką.

Blaszkę wyłożyć papierem do pieczenia lub matą teflonową. Na papierze narysować okrąg, nieduży, 24 cm średnicy. Wyłożyć na niego masę bezową i uformować wyrównując boki bezy łyżką lub szpatułką ku górze. Wstawić do nagrzanego piekarnika ("góra dół" nie termoobieg!) i piec w 150ºC przez półtorej godziny.

Do misy miksera włożyć mascarpone, cukier wanilinowy oraz śmietankę i ubijać przez około 1 minutę, do czasu aż masa zesztywnieje. Krem wyłożyć na bezę przed samym podaniem, do tego czasu trzymać go w lodówce.
Na krem wyłożyć borówki.









Styczeń był też miesiącem mojego pierwszego urlopu. Tylko tydzień co prawda, ale chciałam go wykorzystać maksymalnie, tak  tylko dla siebie, dlatego rzuciłam zawczasu hasło wszystkim:
- Moi drodzy, NIE MA MNIE!  Dla nikogo mnie nie ma!  Zadnych spotkań, żadnych telefonów, żadnych spraw w urzędach, terminów i spraw niecierpiących zwłoki, shoppingów, wyjazdów... Wyłanczam się od wszystkiego i od wszystkich.  Potrzebuję tego bo...? Taki mam kaprys i już.
...i wszystko byłoby fajnie i tak jak sobie zaplanowałam, żeby nie?????
Telefony!
Od jakichś domokrążców.
I tu podam definicję, dla osób niezorientowanych. Domokrążca to osoba odwiedzająca nasze domy, bądź dzwoniąca przez telefon w  celu sprzedania nam jakichś produktów lub wciśnięcia umów w celu uzyskania prowizji. Jednym z faktów niezaprzeczalnych o mnie jest to, że nie cierpię takich osób jak zarazy. Ot, i  taka oto sytuacja (ta zdarzyła się już jakiś kawałek czasu temu, ale myślę że warta jest przytoczenia:

Odzywa się dźwięk telefonu. Leże pod kocem i śpię. Jest po godzinie 14-stej. Wszyscy moi dobrzy znajomi wiedzą - nie dzwonić do mnie między 14 a 16-stą, bo wpadną w niewysłowioną  niełaskę Dorotki i jeżeli ktoś z nich o tym zapomni i zadzwoni, może w telefonie usłyszeć zamiast  radosnego "hallo!" moje nieprzyjazne "czego!". Ale nic! Telefon dzwoni, budzę się do życia co prawda, trochę z tym mi schodzi, bo najpierw musiałam tradycyjnie zaktualizować w głowie własne dane kontaktowe, taki błyskawiczny download:
- nazywam się "voncologne"
- planeta Ziemia
- miasto Brühl
- ...i kogo tam nadali?
Odbieram. W słuchawce odzywa się męski głos, mówiący strasznie łamaną niemczyzną, tak po akcencie typek z orientalnymi genami. Po krótkim przywitaniu już miałam wizję - następny domokrążca.
-" ...czy Ja rozmawiać z........? "I tu pada IMIĘ i NAZWISKO mojego Najdroższego.
-"Taaaak, to Ja... "- co za palant myślę sobie, nawet nie wie, że Waldemar to męskie imię, ale nic, pociągnę tą grę...
- "Bo Ja dzwonić w sprawie wygranej, pani Waldemar".
 - "Achaaaaaaa? Ale Ja nie przypominam sobie, żebym w coś grała dobry człowieku!
Skąd w ogóle ma pan ten numer telefonu? Wie pan, że mój numer jest zastrzeżony?" (i tutaj Trick nr.1 - normalnie zawsze to funkcjonowało, po takim pytaniu, delikwent natychmiast się rozłanczał, ale nie tym razem).
-" Prawie rok temu wypisać pani kartka w  księgarni i tam być pani numer".
Hmmmm... Powiem szczerze, że przez chwilę zastanowiłam się, czy aby Najdroższy przypadkiem rzeczywiście w czymś takim nie wziął udziału. Ale NIE! Nie przypuszczam, żeby w przeciągu paru ostatnich lat pognało go do przybytku z książkami.
- "To co Ja tam wygrałam?"
-"Audi".
-"Wow! To kiedy mam odebrać kluczyki?" - pytam już nieźle rozbawiona i czekam co tam delikwent wymyśli, bo przecież jakieś "ale" w tym wszystkim musi być.
- "Pani być z Polski? Ja bardzo lubić Polska, lubić polskie kobiety, znać trochę język..."
No patrz! Jaki cwaniak! - myślę sobie.. Próbuje się tu zaprzyjaźniać ze mną.
-" Achaaaaa, poważnie?"
I tu mój rozmówca puszcza w ruch swoją znajomość językową, którą to nasi wspaniali że tak powiem rodacy mu zaszczepili. Poleciała mi sama śmietanka górnolotnych wyrażeń, a na końcu najbardziej chyba popularne słowo na "k". I tu już przestałam być miła i z "pan" przeszłam na "ty".
- "Kto Cię tego nauczył pacanie?! Za te ostatnie słowo dostałbyś ode mnie w pysk!"
Rozmówca speszył się. I tu niczym Wikipedia przetłumaczyłam  mu znaczenie.
Przeprasza, że on nie miał pojęcia co to znaczy, że to kumple go tego nauczyli.... A w ogóle, to on jest niedawno w branży domokrążców, i nie wygrałam żadnego Audi, tylko MOZLIWOSC wygranej tego samochodu. A głównie chodzi mu o to, żebym zaprenumerowała gazetę (i tutaj pada jej nazwa).
Masakra!

Inna sytuacja:

Jest sobota przed południem i jadę w domu ostro na szmacie, bo to dzień cotygodniowego sprzątania (obecnie jest to środa).
Dzwonek u drzwi. Na 100 % jest to albo jakiś agent ubezpieczeniowy, konsultantka kosmetyczna, wciskacz prenumerat gazet, żebrak...... w najlepszym przypadku świadkowie J.
I teraz muszę, zanim otworzę te drzwi obmyśleć jakąś taktykę jak spławić szybko i skutecznie domokrążcę.
Ot i wymyśliłam - Trick nr.2, otwieram drzwi i uprzejmie mówię:
- "Państwa nie ma w domu, nie wiem kiedy wrócą, Ja tu tylko sprzątam..".
Trik dobry, niestety ryzykowny, bo delikwent kiedyś powróci niczym  ten bumerang.

Sytuacja nr.3
Jadę na szmacie, tym razem jednak nie u siebie, tylko późnym popołudniem po pracy, w obcym domu, u obcych ludzi. Dorabiam sobie sprzątając  u pani Müller. Myję akurat okna. Przez czyściutką szybę widzę jak drogą bieży sobie młoda dziewuszka z dzieckiem w wózku. Skręca na posesję. Dzwonek u drzwi. Pani M. otwiera i słyszę zawodzący głos dziewczyny i typowy akcent dla jednego z krajów nadbałkańskich.Tekst mniej więcej taki: "Proszę pani, da pani trochę pieniędzy dla mnie i dla dziecka". Pani M. wyciąga 5 Euro i daje bez zmrógnięcia  nawet okiem. Dziewczyna odchodzi i widzę przez okno, że skręca do następnej willi obok. Pytam się panią M. dlaczego to zrobiła? Przecież dziewczyna ma środki do życia, bo każdemu w DE "czy stoi czy też leży, to socjal się należy". A jak chciała pieniądze, to mogła na ten przykład trawkę ściąć w ogrodzie, przynajmniej by było "coś za coś". Pani M. powiedziała, że szkoda tego dziecka jej się zrobiło i  oj tam! Będzie miała punkty w niebie.... A Ja dalej zabrałam się za sprzątanie i powiem szczerze, że nie za bardzo mi szło, bo przeliczyłam sobie ile takich domostw ta panienka obleci i niech tylko każdy z litościwych za 3 minuty jej lamentu da jej te 5 Euro....
Ale to nie koniec tej historii.
Za parę dni dzwonek u moich drzwi i... stoi "panienka z okienka" i zaczyna swoje zawodzenie. Pytam się jej, czy może próbowała jakieś sprzątania gdzieś wziąć, gdzieś zarobić u ludzi, po co ta żebranina... Próżne moje docieranie do niej, jakby kasetę połknęła i w kółko to samo, żeby dać jej pieniądze, ulitować się nad nią, dać coś dla dziecka... Poszłam do kuchni, wyciągnęłam batona, dałam maluchowi i zamknęłam  drzwi. Przez okno zobaczyłam tylko jak dziewczyna otwiera słodycza, daje dzieciakowi i... pac! Rzuciła mi papierek do ogrodu.


Następne zdarzenie, tym razem na czasie. Wszystko zaczęło się jeszcze tydzień przed urlopem. Z racji, że umowa na dostawę prądu i gazu z Eprimo nam się kończy, a to znaczy dla innych firm, a raczej pośredników między tymi firmami że, jest okazja żeby nas przechwycić i....? Zgarnąć prowizję za nowego klijenta......... Ot i rozdzwoniły się telefony. Rano, w południe, po południu , wieczorem... I mówisz człowieku, że nie chcesz przechodzić gdzie indziej, jestem zadowolona z tego co jest i co mam... Próbują przekonywać dalej.
Ostatnia (mam nadzieję) rozmowa była mniej więcej taka:
-"Dzień dobry! Dzwonie w sprawie pani kończącej się umowy, dobrze by było zaoszczędzić, bo teraz po nowym roku ceny prądu pójdą o 20 % w górę, a Pani na pewno chce zaoszczędzić...
- Proszę pana, Ja mam naprawdę dosyć tego telefonicznego terroru, dzisiaj już rozmawiałam z pańskim kolegą na ten temat i powiedziałam, że nie jestem zainteresowana i nie widzę w ogóle sensu prowadzenia tej rozmowy. Dzwonicie do mnie parę razy dziennie, od zeszłego tygodnia to już SZESNASTY RAZ! Szesnasty!
- "Niemożliwe... Ja dzwonię do pani pierwszy raz. A mogę wiedzieć  jak ten mój niby kolega się przedstawił? Bo Ja dzwonię z...... (i  tu pada nazwa "Wielka Energia bla bla bla"), a tamten pan to może był z "Okręgowej Energii bla, bla, bla" ?"
-"Czy pan wie, jak pan mnie wkurza? Dla mnie to jeden SZAJS skąd pan dzwoni, jaką firmę pan reprezentuje! Nie chcę być informowana,  niech pan mój telefon z łaski swojej wykasuje z waszej bazy danych, tak domowy, jak i komórkę! Jak jeszcze raz pan zadzwoni, zablokuję ten numer."
Facet obiecał wykasować, ale myślę że raczej tego nie zrobi. Ale jednego jestem pewna, że sobie zaznaczył moje dane jednym jednym słowem "JĘDZA" i podsunie mniej lubianemu koledze...A Ja na wszelki wypadek wpisałam sobie ten numer do telefonu pod hasłem "dupek żołędny", jak kiedyś zadzwoni telefon i  na displayu mi się to wyświetli, to nie ręczę za siebie...
Kto miał podobne przygody?




I na koniec mój urodzinowy bukiet...
Dostałam od Tima... :)))

Był piękny, szczególnie ten amarylis... Zawsze podziwiam te kwiaty, są takie niezwykłe, majestatyczne...


...i moje wyhodowane amarylisy. Miały być czerwone, ale jak widać nigdy nie ma pewności, co się z cebulek wykluje... ;)

Do następnego miłego!

"voncologne"
:)





środa, 1 lutego 2017

Siedem dni, siedem sałatek #2

Hej!


Jak widać po nazwie posta, nadal trwam w sałatkach!
Jem ich bardzo dużo, nie tylko na kolację, ale i do obiadu. Znikła mi potrzeba podżerania wieczorami, waga spada... W drugim tygodniu nie poleciało mi tyle kilogramów co w pierwszym, ale spodziewałam się takiego obrotu spraw i nie jest to absolutnie żadną tragedią. Wszystko powoli, małymi kroczkami, co nie znaczy jednak, że wszystko pozostanie tak jak było dotychczas, o nie!  Przede wszystkim gimnastyka. I nie mam tu namyśli jakichś godzin w fitness studio, ot wygodna bluzeczka, majtki na tyłek, słuchawki na uszy,  muzyka jaką lubię i wygibasy przed lustrem (dobrze, że mamy w całym mieszkaniu rolady zewnętrzne, to sąsiedzi nie mają ubawu...hihi!) ;)
Moi drodzy, po pierwszym poście z tego cyklu dostałam nie tylko dużo komentarzy na blogu, ale i prywatnych maili. Te drugie były od osób będących w fazie tak zwanego wiecznego odchudzania się.
Pytacie, jak się zmobilizować?
Moje drogie, po pierwsze i najważniejsze, powinnyście zrobić porządek w swoich głowach i szafach.
Tak kochane, dobrze czytacie - w głowach i szafach!
Ile z Was ma poupychane gdzie się da,  sztaple spodni w które wejdzie wam tylko jedna noga, worki bluzek cztery numery za małych, mini spódniczek jeszcze sprzed pierwszej ciąży, zaciasnej sexownej bielizny w której wyglądacie jak szynka na Wielkanoc, i tak dalej i tak dalej... I po co to? Bo jest nadzieja, że jeszcze schudniesz i będzie jak znalazł! Nic gorzej mylnego kochana! 
Zadam Ci teraz pytanie, nie ILE worków takich ciuchów posiadasz, tylko jak DŁUGO je posiadasz
- 5 lat?
- 10-20 lat?
W każdym z obydwóch przypadków - pozbądź się tych szmat jeszcze DZISIAJ!
Uuuuuu... Jesteś na mnie obrażona? Ze jak to? Szmaty?! Przecież to markowe ciuchy! Schudniesz! Na złość mi schudniesz, a co!
A Ja Ci mogę gwarantować, że nie!  Bo Ty nie żyjesz tu i TERAZ, Ty żyjesz PRZESZŁOSCIĄ  więziona balastem sprzed może i nawet 20-stu lat. I po co Ci ten cały kram? Aaaaaaaa! Przydadzą Ci się w przyszłym życiu! Rozumiem, rozumiem...
Jeżeli chcesz mobilizacji to  odrzuć tą przeszłość, odetnij ten ciągnący Cię w przepaść ciężar i zacznij żyć DZISIAJ. Opróżnij swoją szafę z wszystkiego co niepotrzebne, zostaw tylko to w czym chodzisz (moja szafa wygląda obecnie bardzo spartańsko). Jeżeli jesteś w stanie to zrobić, to znaczy, że jesteś gotowa na zmiany...
Na swoje nowe JA.
Taka była moja mobilizacja.

 A teraz dokumentacja moich wyczynów:

1. Sałatka z buraczków, brzoskwiń i fety
Tą sałatkę jadłam kiedyś na jednym z dziecięcych urodzin, gdzie byliśmy zaproszeni.
Była podana w  towarzystwie widocznych na zdjęciu zapiekanych bułek tostowych. Całość bardzo dobrze się dopełnia, dlatego często akurat  tę sałatkę z buraczków  robię w duecie z tosatis. Dlatego macie dzisiaj oprócz przepisów na sałatki, dodatkowy przepis GRATIS! na te chrupiące zapiekane bułeczki! :)

Sałatka z buraczków, brzoskwiń i fety

3 małe gotowane buraczki
2-3  brzoskwinie z puszki
1 ser feta
 sól, cukier, olej, sok z cytryny 

Buraczki, brzoskwinie i ser feta pokrój w kostkę.
Przypraw solą, cukrem, olejem i sokiem z cytryny.
Gotowe! :)
Toastis, czyli zapiekane bułki tostowe

Toastis zapiekane z szynką, salami i warzywami

bułki tostowe (ilość zależna od farszu)
1 puszka kukurydzy
1 czerwona papryka
1 cebula
ok. 250 g utartego sera Gouda
ok.100 g szynki w plasterkach
ok. 100 g salami w plasterkach
1 kubek (200 g) gęstej kwaśnej śmietany - składnik bardzo ważny (!)
 także radzę nie pominąć, daje smak i wilgotność farszu  (Ja używam Schmand)
sól, pieprz

Toastis porozdzielaj na połówki.
Z kukurydzy, pokrojonej w drobną kostkę papryki, cebuli, utartego sera,  kwaśnej śmietany zrób pastę.
Dodaj pociętą w paski szynkę i salami.
Przypraw solą o pieprzem.
Wymieszaj dobrze całość i nakładaj na połówki bułek.
Zapiekaj w piekarniku do efektu zrumienienia.


2. Sałatka z brokuła

Sałatka z brokuła, jest sałatką, którą znalazłam u Sylwii z "Velour Home". Powiem szczerze, że jest wyjątkowo smaczna! Nie tylko mój Najdroższy się nią zajadał, ale i Ja zrobiłam sobie dokładeczkę. W przepisie wprowadziłam lekkie zmiany.

Sałatka brokułowa Sylwii z VH

1.Brokuły
Wrzucić do wrzącej, lekko osolonej wody na dosłownie 5 minut, potem odcedzić.

2.Cebulka
Bardzo ważny składnik sałatki, inaczej wychodzi za mdła) pokroić w drobną kostkę.

3. Szynka
Może być konserwowa, pokroić w paseczki.

4.Jajka
(najlepiej ugotowane PRAWIE na twardo) pokroić w kostkę, ale nie bardzo drobną.

5.Kukurydza
Normalnie z puszki, tylko odcedzona.

6.Rzodkiewka
(daje ładną kompozycję kolorystyczną  z zielonymi brokułami i żółtą kukurydzą) pokroić w słupki.

7. Majonez
(Ja dałam przyprawiany typu "Remoulade")

8.Sól i pieprz.

9.Słonecznik.
Na koniec dodać  garść prażonych nasion słonecznika.

3. a) Sałatka z fasolką i boczkiem
3. b) Sałatka z fasolką i boczkiem

Przepis na tą sałatkę znalazłam TUTAJ, jednak nieco go zmodyfikowałam. Jest to nietypowa sałatka, bo podawana na ciepło, z początku nawet nie byłam pewna, czy aby do sałatek można to zaliczyć. Jest ciekawa w smakach, bo i smażony ser pleśniowy "brie" oraz  nęcący nozdrza i podniebienie bekon...

Sałatka z fasolką i bekonem
1 serek pleśniowy (Ja użyłam typ "brie")
2 łyżki mąki kukurydzianej
2 jajka
ok. pół opakowania płatków migdałowych
1 puszka fasolki szparagowej
2 cebule
olej
200 g bekonu śniadaniowego w plastrach
kilka pomidorków koktajlowych
2 łyżki musztardy
sól, pieprz
Serek pokrój na kilkanaście prostokątnych części.
Obtocz je w mące kukurydzianej, następnie maczaj w roztrzepanych jajkach i migdałowych płatkach.
Następnie przesmaż ser z obu stron, aż się zarumieni.
Odstaw na bok.
Cebulę drobno posiekaj i podsmaż na tłuszczu, którym smażył się ser.
Dodaj odcedzoną fasolkę i lekko ją przesmaż.
Pomidorki przekrój na połówki. 
Fasolkę i pomidorki wymieszaj z musztardą, dopraw.
Na końcu usmaż bekon.
Wyłóż do miski obkładając ciepłym serem i boczkiem.



4. Sałatka z tortellini

Powiem szczerze, że ta sałatka jest moim hitem! Można ją podawać jako samodzielne danie na obiad, czy kolację. Można też zrobić dzień wcześniej. Idealna na spotkania rodzinne, czy z przyjaciółmi. Wyśmienicie pasuje do niej szklaneczka białego wina... :)

Sałatka z tortellini

250 g tortellini nadziewanego mięsem
1/2 sałatkowego ogórka
1 duży pomidor lub kilka koktajlowych
100 g szynki w plasterkach
100 g edamskiego sera w plasterkach
125 ml majonezu
75 g jogurtu naturalnego
1 ząbek czosnku
sól, biały pieprz
świeża pietruszka

Ugotuj tortellini według przepisu na opakowaniu.
Odsącz z wody i wystudź.
Umyj ogórka i potnij w kostkę.
Pomidory pokrój w ćwiartki.
Szynkę i ser w kosteczkę.
Wszystko wymieszaj razem z tortellini.
Majonez wymieszaj z jogurtem.
Obierz czosnek i wyciśnij przez praskę do ząbków prosto do sosu.
Przypraw solą i pieprzem.
Wymieszaj.
Dodaj drobno posiekaną pietruszkę.
Sałatkę ewentualnie zostaw w lodówce przez noc, bardziej przeciągnie, ale i krótko po przyrządzeniu również smakuje dobrze... :)


5. Sałatka makaronowa na włoski sposób

Sałatka makaronowa na włoski sposób

200g makaronu (na  typu "Penne")
sól, pieprz, odrobina cukru
opakowanie mozzarelli
100 g szynki
4 średnie pomidory (Ja użyłam paru koktajlowych)
4 łyżki balsamicznego octu
3 łyżki oleju z oliwek
świeża bazylia (Ja dodałam dodatkowo trochę suszonej)

Ugotuj makaron i odstaw do wystygnięcia.
Mozzarellę pokrój w plastry.
Szynkę w kosteczkę.
Pomidory w ćwiartki.
Wymieszaj ocet z solą, pieprzem, cukrem i olejem.
Bazylię poszatkuj.
Wymieszaj wszystkie składniki i odstaw na 30 min.
 

6. Sałatka ziemniaczana z wędzonym łososiem

Sałatka ziemniaczana z wędzonym łososiem
(porcja na dwie osoby)

500g ziemniaków
1/4 l bulionu warzywnego (z kostki)
1 mała cebula
odrobina świeżego koperku
3 łyżko octu winnego
1 łyżka soku z cytryny
3 łyżki oleju z oliwek
sól, biały pieprz, cukier
100 g wędzonego łososia

Ziemniaki umyj i oczyść, następnie ugotuj w łupinach. Ja zrobiłam to na parze.
Wystygnięte obierz ze skórki i pokrój w plasterki.
Ziemniaki przełóż do miski i zalej warzywnym bulionem.
Odstaw na 1 godzinę, żeby ziemniaki naciągnęły.
Cebulę potnij na drobną kosteczkę.
Posiekaj koperek.
Ocet winny, sok z cytryny, pieprz i cukier wymieszaj razem z cebulą i koprem.
Dodaj olej.
Powstałym sosem polej ziemniaki, i poukładaj na środku kawałki łososia.


7. Sałatka z mixu sałat i owocem granatu i serem
Przyznam się, że ostatnia siódma sałatka, smakowała mi najmniej. Ba! Są różne gusta, może  ktoś inny  lubi takie zestawienie... ;)

Sałatka z mixu sałat z owocem granatu i serem

1 owoc granatu
1-2 łyżki octu winnego
cukier
sól
pieprz
3 łyżki oleju
150 g mixu sałat
50g orzechów włoskich
250 g ementalera

Obierz owoc granatu i powyciągaj z niego pestki.
Zmiażdż je łyżką  w misce, żeby puściły sok.
Dodaj ocet, szczyptę cukru, sól, pieprz i olej.
Dobrze rozmieszaj,
Ementaler pokrój w kostkę.
Wymieszaj sałatę z sosem, dodaj ser i orzechy.



I  to by było na tyle...
Trzymajcie się dziewuchy!

Wasza "voncologne" :)
 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Będzie mi miło jak zostawisz po sobie widoczny ślad w postaci komentarza... :)